Po co nam klub?


   Pytanie kołatające się w mojej głowie praktycznie od początku sezonu. No bo tak naprawdę – po co nam klub?

   Kluby sportowe istnieją głównie w celu szkolenia zawodników w określonej dyscyplinie. W przypadku naszego klubu szkolenie przestało istnieć z różnych powodów. Dostępni na rynku instruktorzy (w tym ja) najzwyczajniej w świecie nie są zainteresowani prowadzeniem treningów, a o przyczynach dużo by było mówić. To osobny temat.

   Alternatywą dla braku szkolenia w formie treningów jest podnoszenie umiejętności zawodników przez wspomaganie ich rozwoju metodą startową. W tym obszarze naprawdę oferujemy dużo. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – kto z tego korzysta?

   W tym roku Miasto wyświadczyło mi przysługę, i to wcale nie niedźwiedzią, nie przyznając nam środków na działalność. Nie zmusiło mnie to bowiem do napinania muskułów i stawania na głowie, by na każdy wyjazd zorganizować przynajmniej busa (a najlepiej pełny autokar). Okazało się, że gdy nie ma ciśnienia z mojej strony, to tak naprawdę nie ma kto jeździć na zawody. A jak już ktoś gdzieś się wybierze, to są to wybiórcze zawody. Być może zbyt generalizuję, bo jest tam jednak jakaś grupka no, może 3-5 zawodników, którzy starają się trochę więcej od innych.

   Czy jestem zły, wściekły, itp.? Ależ skąd! Trudno mieć bowiem pretensje do innych, że mają swoje pasje. Tak, inne pasje, które są ważniejsze niż orientacja. Nawet moje dzieci wolą konie i nie mam o to do nich pretensji. Wiem więc co mówię. Nikt jeszcze nikogo nie uszczęśliwił na siłę. A lista rzeczy przedkładanych w naszym klubie nad orientację jest tak długa, że nie wiem dlaczego łudzę się, że ludzie mieliby nagle znaleźć czas na realizacje klubowych (czyli moich?) celów: pływanie, tańce, rower, żagle, maratony, crossy, triathlon, kościół, nordic walking, rajdy przygodowe, siatkówka, grill, wczasy, urodziny cioci, wujka, dziadka, kolegi, koleżanki, imieniny sąsiada, wyjazd integracyjny, prace na działce, w ogrodzie, sprzątanie, remonty, wyjazd na narty, wczasy, ryby, grzyby, szkoła, praca, zaliczenia, zastępstwa, dyżury, brak urlopu, dostępu do internetu i wreszcie pieniędzy na to wszystko na raz.

   Po co więc nam klub? Przecież żeby wziąć udział w zawodach nie trzeba być zawodnikiem klubu. Można zgłosić się samodzielnie, pojechać z rodziną, ze znajomymi, robić to co zaplanujemy sobie sami, a nie to co narzuci nam szef (czyli ja).

   Kluby sportowe istnieją też by brać udział w tzw. szeroko pojętym współzawodnictwie czyli rywalizować z innymi w jakimś celu. Mam wrażenie, że cele naszego klubu są znane tylko mnie (np. sens wspólzawodnictwa w ramach Euroligi). Niestety, ambicje sportowe i chęć bycia coraz lepszym i podejmującym coraz trudniejsze wyzwania względem orientacji to cechy, które można przypisać zaledwie garstce liczonej palcami jednej ręki, i to takiej, w której brakuje kilku palców.

   Muszę to przeczytać jeszcze raz, przemyśleć i wyciągnąć wnioski...
Szef „klubu" (czyli ja).
 
PS. Zamysłem tego wątku jest poszukiwanie odpowiedzi, czy angażowanie mojego ogromnego czasu ma sens w sytuacji, gdy ludzi, którym tak naprawdę zależy na tym co robię jest kilku. Poświęcanie się dla jakiejś idei jest fajne i daje satysfakcję, gdy się widzi, że robi się to dla mas (choćby 50 osób). Ale dla kilku? No chyba, że tych kilku zaangażowałoby się tak mocno jak ja - wtedy człowiek nie miałby powodów do pisania takich tekstów. Biurokracja, korespondencja, raporty, spotkania, sprawozdania, pisma, wyjaśnienia, rachunkowość, kalkulacje, zgłoszenia, odgłoszenia , rezerwacje, przelewy, łażenie, proszenie, dzwonienie, zawożenie, przywożenie, licencje, zgody, nagrody, robienie map, budowa tras, prowadzenie strony, odkręcanie spraw beznadziejnych, świecenie oczami... Trochę to nieproporcjonalne do efektów. Pożyjemy, zobaczymy.